Najwyższe góry świata, miejsca o których czytaliśmy tylko w książkach, przygoda, wspólna pasja wędrowania, plecak na plecach, aparat w dłoni i ruszamy na trekking do Everest Base Camp. Tak pomyśleliśmy w styczniu, a w październiku założyliśmy plecaki i pojechaliśmy spełnić nasze wielkie marzenie – “Przybić piątkę z Everestem”.

Himalaje to na pewno jeden z ważniejszych punktów na liście tych, którzy lubią łazić po górach. Zobaczyć na żywo najwyższą Górę świata to niesamowite przeżycie. Planując 2017 rok stwierdziliśmy, że nadszedł czas, żebyśmy i my ją zobaczyli. Szykował się wspaniały prezent na piątą rocznicę ślubu: trekking do Everest Base Camp! 

W zasadzie już od stycznia żyliśmy tą wyprawą i nakręcaliśmy się nawzajem. Po kolei pochłanialiśmy książki i oglądaliśmy filmy o himalaizmie i w tematyce około górskiej. Postanowiliśmy też trochę odnowić nasz wysłużony sprzęt turystyczny.

Staraliśmy się wzmocnić kondycyjnie. Michał zaczął biegać już wcześniej, a dla mnie mocnym motywatorem stała się właśnie nadchodząca wyprawa i tak, krok po kroku, wciągnęłam się w treningi biegowe, a potem zawody. Oprócz tego, jak zwykle wędrowaliśmy po Beskidach i Tatrach, a w ramach jednego z długich weekendów wybraliśmy się na Triglav, czyli najwyższy szczyt Słowenii. Staraliśmy się być też w miarę regularnymi crossfiterami i dzięki przygotowaniom udało się zbudować całkiem niezłą formę.

Tak zleciała nam większość roku i doczekaliśmy do upragnionego października, kiedy wreszcie zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę!  

 Wyprawa dzień po dniu

Wyprawa trwała 23 dni, w tym 16 dni trekkingu i 1 dzień nieplanowanego oczekiwania w Lukli na samolot powrotny do Katmandu.

dzień 1 (2017.10.09): Kraków-Warszawa-Doha

Rano meldujemy się na Dworcu Głównym w Krakowie, wsiadamy w pociąg i mkniemy do Warszawy. Mamy zapas czasu i nigdzie nie musimy się spieszyć. Kawka, obiad, ostatnie zakupy, potem odprawy na lotnisku i o 18:00 odlatujemy!

Lot jak to lot, mija nam głównie na jedzeniu, piciu i oglądaniu filmów. W środku nocy wysiadamy na lotnisku w Doha, stolicy Kataru i mamy czas wolny aż do rana.

dzień 2(2017.10.10): Doha-Katmandu

Po nocnej przerwie na lotnisku w Doha, rano wsiadamy do samolotu do Katmandu. Lądujemy ok. 16:00, załatwiamy wizę, zabieramy taksówkę pre paid z lotniska i po dosyć długiej jeździe zatłoczonymi ulicami Katmandu w porze szczytu komunikacyjnego, dojeżdżamy do zarezerwowanego hotelu na Thamelu.

Wieczór spędzamy na kolacji w Blueberry Kitchen, które mocno polecane jest na Trip Advisorze. Celebrujemy pierwszy dzień w Nepalu i moje imieniny na przyjemnym tarasie, zajadając pierożki Momo i popijając piwo Everest. To się nazywa dobry początek urlopu!

dzień 3(2017.10.11): Katmandu

Nie śpimy za długo, gdyż dzisiejszy dzień zarezerwowany jest na załatwienie dokumentów potrzebnych na trekking. Wolimy zatem być w biurze jak tylko się otworzy i jak najszybciej mieć wszelkie formalności z głowy. Po spacerze ulicami Katmandu z nawigacją na telefonie, dosyć sprawnie docieramy do Nepal Tourist Board. Na miejscu nie ma zbyt dużo ludzi, więc wszelkie pozwolenia załatwiamy od ręki.

 

Wracając postanawiamy zajrzeć na Durbar Square, czyli główny plac miasta. Gdy próbujemy zorientować się, gdzie należy iść, zagaduje nas mężczyzna, który okazuje się być samozwańczym przewodnikiem. Kiepsko u nas z asertywnością, więc zgadzamy się na krótkie oprowadzenie. Pan przewodnik rzeczywiście stara się opowiedzieć jak najwięcej i prowadzi nas po różnych zakamarkach wokół Durbar Square. Reszta dnia pozostaje na ostatnie zakupy, spacer uliczkami Katmandu, przepakowanie i pierwszy Dal Bhat w znanej nam już restauracji Blueberry Kitchen.

Katmandu po jednym dniu przedstawia się jako dosyć szalone miasto. Wąskie uliczki mieszczą pieszych oraz wszelkie inne formy transportu, a do tego drobny handel i tumany kurzu. Już chcemy w góry!

dzień 4 (2017.10.12): lot Katmandu-Lukla, (Katmandu 1400mnpm – Lukla 2860mnpm).

Bilety na samolot do Lukli mamy zakupione przez internet, ale przed odlotem należy się pojawić w biurze linii lotniczych i dopełnić formalności. Mimo, że lot mamy wykupiony na 8:30 na wszelki wypadek postanowiliśmy dotrzeć na lotnisko tuż po otwarciu. Wieczorem poprosiliśmy w hotelu, żeby zamówili nam taksówkę na 5:30. Dostaliśmy śniadanie na wynos i już przed 6 byliśmy na lotnisku. Panowie z linii lotniczych Yeti(Tara) poinformowali nas, że jak tylko będą jakieś wolne miejsca to polecimy wcześniej. Czekaliśmy cierpliwie i rzeczywiście o 7:40 wsiedliśmy do samolotu.

W środku 16 miejsc, po jednym rzędzie po dwóch stronach przejścia, trochę jak w busie. Zasiedliśmy na pierwszych siedzeniach i na wyciągnięcie ręki mieliśmy kabinę pilotów. Stres, przeplatał się z ekscytacją. Przydały się korki w uszach, gdyż w trakcie lotu było dosyć głośno. Przez okno, mniej więcej w połowie drogi, na horyzoncie zaczęły majaczyć całkiem wysokie, ośnieżone szczyty. Piloci wyglądali na zrelaksowanych i pewnych siebie, więc i nam z minuty na minutę udzielało się pozytywne nastawienie, a stres zanikał.

Ok 9 wylądowaliśmy na ponoć jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie! Lukla – 2860 mnpm. – welcome to!

Lukla (2860mnpm)-Phading (2610mnpm)

trasa 2:41h, 9,80km (wyniki są orientacyjne i pochodzą z naszych zegarków na najniższej dokładności GPS)

No i to tutaj rozpoczyna się trekking właściwy, czyli główny cel naszej podróży. Jest poranek, piękna pogoda, ciepło, zarzucamy plecaki na plecy i w drogę! Dzisiejsza trasa to ok 8 km, których przejście wraz z postojami zajęło ok 3 godzin. Po drodze zielono i sielsko. Po prostu wędrujemy sobie. W Phading pytamy o nocleg w pierwszej loggy, która nam się spodobała, ale nie mają miejsc. Idziemy więc do kolejnej, jednej z naszej listy, którą jeszcze w Katmandu stworzyliśmy sobie sprawdzając opinie ludzi na forach. Dostajemy swój pokój. Skromny, ale czysty i schludny. Zostawiamy rzeczy i idziemy się przejść, bo jeszcze wcześnie. Zaliczamy pierwszy most wiszący i bezstresowe popołudnie, gdzie nic nie musimy, nigdzie się nie spieszymy, po prostu jesteśmy tu i teraz!

Wieczorem w pokoju wspólnym, gdzie siadamy na kolację spotykamy Gosię i Agę, które są już w drodze powrotnej z EBC. Spędzamy wspólnie świetny wieczór dopytując dziewczyny o szczegóły ich trekkingu i dobre rady (dziękujemy i pozdrawiamy :D). Dziewczyny uczą nas nepalskiej gry w karty DOM BAL, która okazuje się niezastąpiona praktycznie każdego kolejnego wieczoru (Aga, Gosia-jeszcze raz dzięki!!!)

 

dzień 5(2017.10.13):, Phakding (2610mnpm)-Namche Bazar (3440mnpm)

trasa: 6h, 17km

Postanowiliśmy jak najwcześniej zaczynać każdy dzień, żeby wędrować z fajnymi widokami, gdyż zwykle popołudniu pojawiają się chmury. Średnio staraliśmy się jeść śniadanie ok 6:30 i o 7:00 wyruszać.

Dzisiaj mamy dotrzeć do Namche Bazar – chyba najbardziej “zachodniej” miejscowości na szlaku. Wędrujemy dosyć żwawo, ale na szlaku po pierwsze są duże grupy turystów, a po drugie duże grupy bydła niosącego wszelkiego typu ładunki. Nie pozwala to na marsz własnym tempem – trzeba dostosować się do panujących warunków. Po drodze niespodziewanie spotkaliśmy Magdę – moją koleżankę ze studiów, ze swoją ekipą. Niesamowite, że ostatnio widziałyśmy się chyba na zakończeniu studiów (jakieś pewnie 7 lat temu), a tu na szlaku w Himalajach taka niespodzianka! Magda z ekipą już kończyli swoją trasę, a że okazało się, że my planujemy iść tak jak oni to podpytaliśmy o jakieś dobre rady (dzięki wielkie!!! 🙂

Większość grup zatrzymywała się w Modjo na lunch, my stwierdziliśmy, że idzie nam się nieźle, więc nie ma co robić postoju. Od Modjo trasa biegła zdecydowanie stromiej, a ścieżka była momentami wąska. W pewnym momencie idąc dosyć blisko krawędzi drogi wymijając kolejnych turystów noga osunęłą mi się w dół. Na szczęście z przeciwka szła Nepalska kobieta i w porę złapała mnie za rękę i wciągnęła z powrotem na ścieżkę. Całe szczęście, że kobieta była naprawdę silna, bo mogłabym się stoczyć sporo w dół. Ale adrenalina i u mnie i u Michała zdecydowanie podskoczyła!

Tego dnia trafiło nam się jeszcze jedno miłe spotkanie – na szlaku zagadała nas para z Polski – jak się potem okazało Ola i Piotrek. Pytali o pozwolenia jakie mamy wykupione. Okazało się, że zamierzają iść mniej więcej taką trasą co my. Trochę pogadaliśmy i każdy ruszył swoim tempem. Ponownie spotkaliśmy się jakiś czas później w miejscu, gdzie po raz pierwszy można zobaczyć Mount Everest. Niestety tego dnia niebo było zbyt zachmurzone i nic nie zobaczyliśmy. Za to Ola z Piotrkiem poczęstowali nas herbatką, gdyż właśnie zatrzymali się na swój lunch. Było to nasze pierwsze spotkanie, ale zdecydowanie nie ostatnie 🙂

Na trasie brakowało nam trochę energii i stwierdziliśmy, że jeden baton w ciągu dnia to nie jest wystarczający lunch i musimy zwiększyć ilość posiłków.

Namche Bazar okazało się miasteczkiem pełnym sklepów, kramów, barów, kawiarni i usług. W zasadzie można tam załatwić wszystko o czym zapomniało się np. w Katmandu. Oczywiście ceny są adekwatne do wysokości na której się znajdujemy. Zadowoliliśmy się pyszną kawką i drożdżówką w kawiarni Sherpa Barista, gdzie można skorzystać przy okazji z bezpłatnego (ostatniego na trasie) wifi i powiadomić kogo trzeba, że trekking przebiega zgodnie z planem.

W loggi, którą wybraliśmy na nocleg spotkała nas miła niespodzianka. Córka właściciela obchodziła urodziny i w pokoju wspólnym odbywało się kinder party. Zostaliśmy poczęstowani tortem, frytkami, cukierkami i sokiem z mango. Jak przystało na kinder party przed 21 byliśmy już w łóżkach.

dzień 6(2017.10.14): Aklimatyzacja : Namche Bazar (3440mnpm) -Hotel Everest View (3800mnpm)-Namche Bazar (3440mnpm)

trasa 3:10h, ?? km (rozładował się zegarek Miśka)

Dzień aklimatyzacji wskazany jest po przejściu ok 1000 m przewyższenia. Tak jak większość turystów postanowiliśmy zostać dwie noce w Namche Bazar, a  jako cel dziennej wędrówki wybrać Hotel Everest View na 3800 mnpm. Zjedliśmy śniadanie, zabraliśmy lekkie plecaki i ruszyliśmy po raz pierwszy zobaczyć Mount Everest. Podejście strome, a do tego szybka zadyszka, więc nie było tak łatwo jakby się mogło wydawać. Tylko chwilę widzieliśmy Namche Bazar z góry. Potem zachmurzyło się tak bardzo, że wokoło dosłownie samo mleko i zero widoków. No i tak w tym mleku sobie wędrowaliśmy. Dotarliśmy pod hotel, a potem na punkt widokowy i jedyne co zobaczyliśmy to Malarza, który tworzył widok, którego nie widać 🙂 Na szczęście co jakiś czas przewiewało chmury i udało nam się dostrzec trochę cudnych widoków. Zasiedliśmy nawet z mapą i kompasem i rozpracowaliśmy sobie panoramę dookoła. Pomiędzy chmurami udało się, że i Everest uchylił przed nami rąbka tajemnicy. 3800mnpm zdobyte i można było wracać niżej.

W Namche Bazar odwiedziliśmy jeszcze Muzeum Parku Narodowego Sagmarmantha, poszwędaliśmy się trochę pomiędzy kramami i sklepikami, zjedliśmy lunch i zrobiliśmy sobie krótki spacer po okolicy. W ramach małego wakacyjnego szaleństwa zakupiliśmy w naszej loggy ciepły prysznic (900R za naszą dwójkę, także niemało).  Na kolację zjedliśmy pierwszy na trekkingu Dal Bhat, czyli tutejszą tradycyjną potrawę składającą się z ryżu, potrawki warzywnej, zupy z soczewicy i chlebka (papad).

dzień 7(2017.10.15): Namche Bazar (3440mnpm)-Tengboche (3860mnpm)

trasa: 4:21h, 11,14km

Czas zapakować plecaki i ruszyć w dalszą drogę. Namche Bazar to ostatnia tak rozwinięta wioska na trasie. Wyżej nie było już zasięgu telefonu czy internetu- totalny detoks technologiczny.

Już przy wyjściu z Namche Bazar spotykamy Olę i Piotrka i w zasadzie można powiedzieć, że od tej pory nie jesteśmy na trekkingu w dwójkę tylko wędrujemy sobie w czwórkę 🙂

Już kawałek powyżej Namche Bazar zaczynają się genialne widoki. Co krok to lepszy kadr. Cieżko oderwać wzrok i aparat. Szczególnie zachwyca Ama Dablam, który według przewodnikowych opisów będzie towarzyszył nam przez najbliższe kilka dni. Trasa mija nam całkiem fajnie.  Aż do wioski Phute Thenga w większości szlak prowadzi kamienistą drogą w dół. Potem przechodzimy przez wiszący most i zaczyna się dosyć strome i męczące podejście.

Około południa dochodzimy do dzisiejszego celu, czyli Tengboche. Wioska jest niewielka i ma wyjątkowy klimat, a najważniejszym jej punktem jest klasztor buddyjski. To tutaj po błogosławieństwo przed wyprawami przychodzą himalaiści. Nam udało się wziąć udział w ceremonii. Przed wejściem należy zdjąć buty, no i panuje zakaz fotografowania i filmowania wewnątrz. Nie bardzo rozumieliśmy co się wokół nas dzieje, ale nie da się ukryć, że klimat był niesamowity.

Tego dnia mieliśmy świetną wakacyjną pogodę, także popołudnie minęło leniwie i sielsko. Widok na Mount Everest, Ama Dablam i Lhotse był tak genialny, że można było siedzieć i wpatrywać się godzinami.

Ten wieczór, jak i kolejne wyglądały dosyć podobnie. Siadaliśmy w czwórkę w pokoju wspólnym. Na środku stał piecyk (koza), który ogrzewał pomieszczenie. Ponieważ było to jedyne ciepłe pomieszczenie w loggy wszyscy siedzieli razem. Ok 18 dostawaliśmy zamówioną wcześniej kolację. Potem była chwila na notatki z całego dnia, rozmowy, rozkminy nad trasą etc. Potem zamawialiśmy termos (pot) herbaty i zaczynała się partyjka w Dom Bala czy Remika, potem kolejna i kolejna, no i jeszcze ostatnia, no i do spania!

dzień 8(2017.10.16): Tengboche (3860mnpm) -Dingboche (4410mnpm)

trasa: 4:38h, 10,04km

Dzisiaj zafundowałam nam pobudkę o 5 rano. Zabraliśmy aparat i statyw i wyszliśmy, żeby zrobić zdjęcia wschodu słońca. W wiosce panowała absolutna cisza, i jak się okazało jeszcze ciemna noc. Nie wiedzieliśmy o której będzie wschód, więc uzbrojeni w sprzęty czekaliśmy. Dopiero ok 6 zaczęło się rozjaśniać i pojawiły się pierwsze promienie. Zrobiliśmy kilka ujęć, ale słońce wstawało bardzo powoli, a my musieliśmy jeszcze spakować manatki i zdążyć na 7:00 na zamówione śniadanie. Także jakieś spektakularne zdjęcia nie powstały, ale widok tak czy siak robił wrażenie.

Na śniadanie postanowiliśmy zjeść coś bardziej energetycznego niż tosty, czy owsianka, a jak się okazało w porównywalnej cenie. Wybór padł na ziemniaki z jajkiem.

Wyruszyliśmy jak zwykle dosyć wcześnie. Po drodze weszliśmy do malutkiego klasztoru buddyjskich mniszek, który zobaczyliśmy zupełnym przypadkiem. Wędrowało się dosyć przyjemnie, aż do wysokości ok 4000 mnpm. Mniej więcej wtedy Michał zaczął odczuwać dolegliwości związane z wysokością. Przede wszystkim bolała go głowa i pojawiły się lekkie nudności. U mnie głównym problemem była zadyszka, która łapała mnie wraz z pokonywaniem wysokości.

Wędrowaliśmy zatem krok za krokiem i staraliśmy się pić jak najwięcej wody. Ok południa dotarliśmy do Dingboche, gdzie Ola z Piotrkiem już czekali na nas z noclegiem w bardzo przyjaznej loggy. Popołudnie minęło na spacerze po okolicy i odpoczynku, a wieczór jak zwykle przy partyjkach Dom Bala i kolacji z dużym termosem herbaty. Dało się odczuć spadek temperatury wraz z uzyskiwaną wysokością na której się znajdowaliśmy, więc tej nocy zapakowaliśmy już akumulatory i baterie do śpiworów, żeby się nie rozładowały.

dzień 9(2017.10.17): Aklimatyzacja : Dingoboche (4410mnpm) -Nangkartshang (5083mnpm)-Dingboche (4410mnpm)

trasa: 6:33h, 6,27km

Przez ostatnie dwa dni pokonaliśmy kolejny 1000m wysokości, przyszedł więc czas na dzień aklimatyzacji. Wstaliśmy niespiesznie i zjedliśmy śniadanie zamówione na 6:30. Ola z Piotrkiem wyruszyli w stronę Chukung z pomysłem na przejście Kong Ma La Pass. My nie czuliśmy się jeszcze odpowiednio zaaklimatyzowani, więc wybraliśmy opcję wyjścia na pobliski 5cio tysięcznik- Nangkartshang. Z Olą i Piotrkiem mieliśmy spotkać się na następny dzień w Lobuche.

Trasa na szczyt zajęła nam jakieś 4,5h. Pogoda była świetna,a widoki bajkowe. Gdzie się nie obejrzeliśmy tam ukazywał się naszym oczom jeszcze lepszy kadr do zdjęcia. Jak na złość mniej więcej w połowie drogi na szczyt rozładował mi się akumulator w aparacie. Sięgnęłam do plecaka, żeby założyć nowy, a tu niespodzianka… Ponieważ szliśmy na lekko, cała saszetka z fotograficznym ekwipunkiem zapasowym została w loggy… Pierwszy w życiu 5cio tysięcznik, wręcz idealny widok na Ama Dablam, prawie bezchmurne niebo, a nam pozostało pstrykanie zdjęć komórkami…

Mimo tych pięknych widoków, trzeba przyznać, że trasa była ciężka. Michała przy każdym kroku bolała głowa. Mnie o dziwo rozbolała najbardziej przy schodzeniu. Na szczycie zapomnieliśmy o wszelkich bólach i cieszyliśmy się naszym pierwszym w życiu pięciotysięcznikiem!!! Uczciliśmy go należycie – kawą i ciastkiem w jednej z kawiarni w Dingboche. Myśleliśmy, że tak jak w Namche Bazar uda się skorzystać z darmowego wifi. Okazało się, że jedyny sposób na kontakt ze światem to karta dzięki której możesz zalogować się do wifi dostępnego w kawiarni. 200MB kosztowało 600R. Ciężko było stwierdzić na co wystarczy takie 200MB, ale postanowiliśmy zaryzykować. Karty użyliśmy jedynie do wysłania kilku wiadomości i chyba nawet do końca trekkingu nie wykorzystaliśmy limitu. 

W drodze do loggy niespodziewanie spotkaliśmy Olę z Piotrkiem. Okazało się, że przełęcz Kong Ma La była niebezpieczna do przejścia i postanowili zrezygnować z tamtej trasy. Dotarli za to do Chukung, gdzie stoi tybetański czorten, na którym umieszczono tablicę upamiętniającą trzech Polaków, którzy zginęli na południowej ścianie Lhotse: Jerzego Kukuczkę, Rafała Chołdę i Czesława Jakiela. Strasznie żałujemy, że nie doczytaliśmy, że byliśmy tak blisko tego miejsca. Trudno – będzie kiedyś po co wracać.

dzień 10(2017.10.18): Dingboche (4410mnpm) – Lobuche (4940mnpm)

trasa: 4:53h, 10,54km

Z dnia na dzień coraz sprawniej ogarnialiśmy się o poranku. Pobudka jeszcze przed budzikiem, pakowanie plecaka, uzdatnianie wody w bukłakach i butelkach, szybka toaleta, śniadanie i o 7:00 jesteśmy na szlaku. Dingboche żegnało nas całe we mgle. Wędrówka mijała nam przyjemnie. Widać, że wczorajsza aklimatyzacja nie poszła na marne, gdyż obydwoje byliśmy w dużo lepszej formie. W Thukli zrobiliśmy sobie odpoczynek i napawaliśmy się pełnym słońcem i widokami, które nas otaczały. Kawałek dalej dotarliśmy do miejsca upamiętniającego wspinaczy, którzy zginęli w drodze na Everest lub inne szczyty w okolicy. Miejsce zadumy otoczone najwyższymi górami świata.

Ciągle pnąc się do góry, około południa dotarliśmy do Lobuche. Przed wejściem do wioski, zgodnie z tym co wcześniej czytaliśmy na blogach, stała budka, gdzie pobierano opłatę za wejście – 500R od pokoju. Na szczęście Piotrek znalazł loggię, gdzie wystarczyło pokazać karteczkę z potwierdzeniem zapłaty w budce i dodatkowa opłata za pokój nie była już pobierana. 

W ramach popołudniowego spaceru wdrapaliśmy się na pobliski pagórek, a naszym oczom pokazał się lodowiec Khumbu w całej okazałości. To właśnie przez niego trzeba się przedostać idąc z przełęczy Kong Ma La do Lobuche. Niesamowite wrażenie – coś jak ogromna płynąca rzeka głazów i kamieni. Ludzie, których wypatrzyliśmy podczas przechodzenia przez lodowiec byli zupełnie maleńcy. Genialnym widokom wtórował smak suszonych truskawek! (Ola, Piotrek dzięki 😀 było pysznie! )

Temperatury z dnia na dzień były coraz niższe, i w dzień i w nocy. W ciągu dnia ubieraliśmy już dłuższe rękawy, czapki, buffy, a w nocy jeszcze szybciej wskakiwaliśmy do ciepłych śpiworów i magazynowaliśmy w nich również ciuchy na kolejny dzień, aby też miały szansę się ogrzać.

Każdy z nas inaczej reagował na wysokość na której się znajdowaliśmy. Generalnie Michał wraz z wysokością tracił apetyt i miał problemy żołądkowe, a ja coraz mniej i gorzej spałam.

dzień 11(2017.10.19): Lobuche (4940mnpm) – Gorak Shep (5170mnpm) – Everest Base Camp (5364mnpm) – Gorak Shep (5170mnpm)

trasa: 6:55h, 13,10km

Wędrujemy wyżej i wyżej. Dzisiaj przekroczymy 5000 mnpm. Z Lobuche do Gorakshep szlak mocno zatłoczony. Grupa za grupą, krok za krokiem, i tak góra, dół. Widoki wokoło cudowne, u Michała trochę mało energii, ale wszyscy w komplecie docieramy do najwyżej położonej wioski – Gorakshep. Przy pierwszym podejściu dowiadujemy się, że nie ma wolnego pokoju. Chwilę później okazuje się jednak, że jest jeden 3 os pokój i możemy spać tam we czwórkę.

Druga część dnia to przyjemna wycieczka na lekko do Everest Base Camp. Fajnie znaleźć się w miejscu z którego wyruszają wyprawy na Everest, ale Base Camp o tej porze roku to po prostu pusta przestrzeń, gdyż sezon wyprawowy przypada na wiosnę (wyprawy letnie) oraz późną jesień i zimę (wyprawy zimowe). W pozostałych miesiącach – wliczając w to październik, pozostaje wyobraźnia i tabliczka z napisem EVEREST BASE CAMP 2017. Każdy chce sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie, więc na swoją kolej trzeba trochę poczekać. My trafiliśmy na grupę, która okupowała tabliczkę przez dobre pół godziny, robiąc sobie całą tonę zdjęć w każdej możliwej pozycji i konfiguracji. Czekając w kolejce zdążyliśmy zjeść nawet pyszny lunch – wszystko dzięki Oli i Piotrkowi, którzy dzielnie nosili ze sobą palnik i butle z gazem. (Ania- zestaw ratunkowy Lyo Food pierwsza klasa – dzięki! 🙂

Po powrocie do Gorakshep, resztę dnia wykorzystaliśmy na odpoczynek, uzupełnienie notatek, a nawet trochę lektury. Jedynie Piotrek w pełni sił postanowił, że wybierze się jeszcze na Kala Pattar, który miał być naszym celem jutrzejszego poranka.

Po kolacji spakowaliśmy małe plecaki i przygotowaliśmy wszystko tak, żeby rano jak najszybciej zebrać się do wyjścia.

dzień 12 (2017.10.20): Gorak Shep (5170mnpm) – Kala Pattar (5643mnpm) – Gorak Shep (5170mnpm) – Dzongla (4840mnpm)

3:10h, 5,14km (GorakShep-Kala Pattar-GorakShep)+ 4:59h, 18,64km

Wstaliśmy zgodnie z planem o 5:00. Ubraliśmy się ciepło, zjedliśmy energetycznego batona i 5:20 ruszyliśmy na atak szczytowy. Nasz cel to wschód słońca w najwyższym punkcie naszego trekkingu (i w życiu! ) – na  Kala Pattar (5643mnpm) z widokiem na Mount Everest. Wychodziliśmy w całkowitej ciemności przy świetle czołówek. Przed nami na szlaku było już widać małe świecące punkciki. To Ci, którzy wyruszyli jeszcze wcześniej niż my. Podejście niby niepozorne, ale na tej wysokości z trudem stawiało się kolejne kroki. Dla mnie strasznie uciążliwe były marznące stopy i dłonie. Po dwóch godzinach walki z własnymi słabościami dotarliśmy na szczyt. W około roztaczał się cudowny widok i zmęczenie szybko zamieniło się w uśmiech od ucha do ucha i radość, że jesteśmy na szczycie! Wschodzące słońce przyjemnie rozgrzewało, a my napawaliśmy się najwyższymi górami świata. Jedynym minusem okazał się fakt, że słońce wschodzi tuż za Everestem, co uniemożliwia zrobienie mu fajnego zdjęcia. Polecamy zatem raczej zachód niż wschód słońca na Kalla Pattar- oczywiście przy sprzyjającej pogodzie.

Na szczycie pozostawiliśmy polski akcent – Polska flaga zatrzepotała pomiędzy kolorowymi chorągiewkami modlitewnymi.

Ok 9 byliśmy już spowrotem w loggy. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy duże plecaki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Znaną już trasą dotarliśmy do Lobuche, a potem odbiliśmy na szlak do Dzongli, która była dzisiejszym celem.

Odcinek pomiędzy Lobuche, a Dzonglą totalnie nas zachwycił. Genialne widoki, pusty szlak, piękna pogoda- czego chcieć więcej? 🙂 Ale jak to z himalajską pogodą bywa do Dzongli dotarliśmy już w całkowitej mgle. W loggy w której się zatrzymaliśmy spotkaliśmy kolejną polską parę- Anię i Grześka (pozdrawiamy!!!). Wspólnie spędziliśmy wieczór na górskich opowieściach.

Kolejnego dnia czekało nas przejście przełęczy Cho La (5420mnpm). Informacje jakie mieliśmy o tej przełęczy pozostawiały w nas pewną dozę niepewności. Słyszeliśmy, że dosyć łatwo się zgubić, a do tego należy uważać na ewentualne spadające kamienie (gdy słonce zacznie roztapiać lód na przełęczy). Jeden z przewodników polecał nam nawet pójście z jego grupą (jeśli ludzie wyrażą zgodę) za drobną opłatą. Pogoda zapowiadała się w porządku, mieliśmy ze sobą aplikację maps.me i zadecydowaliśmy, że ruszymy sami z samego rana. Jeśli zaszła by taka potrzeba i stwierdzimy, że nie wiemy gdzie iść, skorzystamy z sezonu turystycznego i zaczekamy po prostu na jakąś większą grupę, która będzie szła w tym samym kierunku i podążymy za nimi.  

dzień 13(2017.10.21): Dzongla (4840mnpm) -Cho La Pass (5420mnpm) -Dragnak (4700mnpm)

trasa: 7:19h, 12,52km

Pobudka 4:45, szybkie dopakowanie plecaków i o 5 byliśmy już w pokoju wspólnym. Śniadanie zamówiliśmy na 5:00, ale najpierw obsłużona została zorganizowana grupa, która nocowała w tej samej loggy, a dopiero potem my. Standardowo zjedliśmy coś pożywnego: ryż, ziemniaki z jajkami, zabraliśmy plecaki i naszą czwórką ruszyliśmy jako pierwsi na szlak.

Pogoda dopisywała, aplikacja maps.me całkiem nieźle sprawdzała się przy wskazywaniu odpowiedniej drogi, a trasa nie była tak ciężka jak się spodziewaliśmy. Najpierw trzeba było się trochę powspinać, potem przyszedł czas na śnieg i przejście fragmentu lodowca, a na koniec podejście na samą przełęcz. Nie było możliwości zgubienia drogi, gdyż spokojnie można było w razie czego iść za innymi turystami. Na przełęczy chwila odpoczynku i pamiątkowe fotki, a potem w dalszą drogę, gdyż mieliśmy jej dzisiaj jeszcze całkiem sporo przed sobą.

Zejście z przełęczy było mega strome, ale szło się przyjemnie. Widoki cudne, a my góra, dół, góra, dół doczłapaliśmy sobie do Dragnak, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Szybko znaleźliśmy loggię, a że było słonecznie i w miarę ciepło to zaliczyliśmy też mycie i pranie w pobliskiej rzece. Woda zimna, ale udało się nawet umyć włosy. Z szaleństw kulinarnych tego wieczoru zaserwowaliśmy sobie pizzę na cieście chapatti – świetna odmiana, ale dal bhatem zdecydowanie lepiej można było sobie pojeść.

dzień 14(2017.10.22): Dragnak (4700mnpm) – Gokyo (4750mnpm) – Gokyo Ri (5357mnpm) – Gokyo (4750mnpm)

trasa: 2:21h, 4,47km + 3:29h, 3,13km (Gokyo-Gokyo Ri-Gokyo)

Pobudkę ustaliliśmy na 6:00, a o 7:00 mieliśmy zamówione śniadanie. Niestety kolejny raz okazało się, że jako indywidualni turyści niewiele znaczymy dla właścicieli loggy, w porównaniu ze zorganizowanymi grupami. W kuchni widać było, że byli na sporym niedoczasie i ledwo udaje im się obsłużyć kolejne grupy, a co dopiero nas. O 8 skończyła nam się cierpliwość i poprosiliśmy o 4 kubki mleka i miseczki i powiedzieliśmy, że nie mamy czasu czekać i zjemy śniadanie ze swoim musli.

Ok 8:30 udało nam się wyruszyć w drogę. Mięliśmy do przejścia lodowiec, a potem wdrapanie się na szczyt Gokyo Ri. Przejście lodowca okazało się prostsze niż myśleliśmy. Było męczące, ale ścieżka była dosyć dobrze widoczna przez całą trasę, a wokół roztaczały się bardzo ciekawe widoki. Nigdy wcześniej nie przechodziliśmy przez lodowiec, więc tym bardziej zachwycaliśmy się tym niecodziennym krajobrazem.

Po przejściu lodowca dotarliśmy do Gokyo. Wioska jest prześlicznie położona nad jeziorem o absolutnie niesamowitym kolorze, u podnóża szczytu Gokyo Ri, który chcieliśmy jeszcze dziś zdobyć.

Szybko wybraliśmy loggię na nocleg, zjedliśmy lunch, zostawiliśmy duże plecaki i ok 13:00, na lekko ruszyliśmy atakować szczyt. Wydawało się, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Już po kilku krokach, okazało się, jak bardzo się myliliśmy. Na tej wysokości każdy krok dawał się nam we znaki. Strome podejście, mało energii, zadyszka, a do tego zaczęły pojawiać się chmury i baliśmy się, że z widoczków, na które tak liczyliśmy będą nici. Na szczyt udało nam się dotrzeć po 2h i to resztką sił. Na szczęście chmury pozostały w dole i fantastyczne widoki rekompensowały trud. Najwyższe góry świata mieliśmy jak na dłoni… Coś niesamowitego!

 

Schodziliśmy już całkowicie w chmurach, a byli tacy, którzy maszerowali na szczyt na zachód słońca. W sumie kto wie, może ponad chmurami, widoki nadal zachwycały.

dzień 15(2017.10.23): Gokyo (4750mnpm) – Dolina 7 jezior (w stronę Cho Oyu) (5100mnpm) – Gokyo (4750mnpm)

trasa: 4:52h, 12,91km

Nie bardzo podobała nam się loggia w której nocowaliśmy, więc zdecydowaliśmy, że kolejną noc spędzimy w innej. O 7:00 byliśmy spakowani i gotowi do wymarszu. Na szczęście właściciel nie robił problemów, zapłaciliśmy za to co zjedliśmy u niego i na śniadanie przenieślimy się do innej loggy, która wydawała się zdecydowanie sympatyczniejsza. Zresztą na śniadanie serwowali pancake’y, a na kolację burgery z jaka, które chcieliśmy skosztować, także nie było nad czym się zastanawiać.

Nasze pokoje nie były jeszcze gotowe, więc plecaki zostawiliśmy w pokoju wspólnym i ruszyliśmy na wycieczkę. Trasa była bardzo przyjemna, ale ogólnie byliśmy już dosyć zmęczeni i nie tryskaliśmy energią. Dolina 7 jezior, którą wędrowaliśmy to bardzo urokliwe miejsce. Dotarliśmy do piątego jeziorka z widokiem na Everest i kolejny 8mio tysięcznik Cho Oyu. Był to dzień odpoczynkowy, a do tego bardzo wietrzny, więc nie wędrowaliśmy za daleko, raczej spacerkiem napawaliśmy się otaczającymi nas z każdej strony górami.

Wieczór spędziliśmy na naszej zaplanowanej uczcie w pokoju wspólnym. Gwiazdą wieczoru były burgery z jaka z frytkami 🙂 Poznaliśmy również właściciela loggy, który jak się podczas rozmowy okazało był kiedyś w Warszawie u przyjaciół, znał kilka słów po Polsku, a do tego wspinał się kiedyś z Darkiem Załuskim!

Sielankowy dzień odpoczynku zakłócił nam ból zęba. Całe szczęście mięliśmy dobrze zaopatrzoną apteczkę, a kluczowy okazał się Ketonal. Wraz z wysokością npm Michałowi pojawił się mocny ból zęba i nie bardzo wiedzieliśmy co robić.

Nasz plan wędrówki zakładał zejście z Gokyo w dół doliny aż do Namche. Ola z Piotrkiem mięli jeszcze po drodze dotrzeć na przełęcz Renjo La. Z jednej strony kusiło nas, żeby iść z nimi, z drugiej strony podobał nam się też nasz plan, a kolejną zagwozdką było samopoczucie. Mieliśmy zadecydować z samego rana.

dzień 16(2017.10.24): Gokyo (4750mnpm) – Machermo (4470mnpm) – Dohle (4038mnpm)

trasa: 5:39h, 14,25km

Niestety rano Misiek obudził się z bólem zęba, a ja głowy. Stwierdziliśmy, że w tej sytuacji przełęcz trzeba ominąć. Myśleliśmy nawet o poinformowaniu ubezpieczyciela o problemach z zębem i próbie powrotu helikopterem, ale Ketonal uśmierzał ból na 8 godzin, a że mięliśmy całkiem spory zapas, to postanowiliśmy ruszyć zgodnie z naszym pierwotnym planem w dół doliny Gokyo i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Ola z Piotrkiem ruszyli na przełęcz i umówiliśmy się, że spotykamy się w Namche.

Droga wiodła wzdłuż kolejnych jezior (Gokyo to jezioro nr 3). Niestety od rana dosyć mocno się chmurzyło i z upływem dnia było coraz zimniej i wietrzniej. Około południa zatrzymaliśmy się w Machermo na pierożki Momo i gorącą czekoladę. Sceneria dookoła kojarzyła się bardziej z Irlandią czy Szkocją niż z najwyższymi górami świata. Na szczęście wraz z wysokością zmniejszał się również ból zęba. Cały dzień wędrowaliśmy praktycznie sami, spotykając tylko pojedynczych wędrowców.

Około 15 przechodziliśmy przez miejscowość Dohle, a jedna Pani wychylając się ze swojej loggy zapraszała na nocleg.

Z chęcią skorzystaliśmy z zaproszenia i chwilę później siedzieliśmy już w ciepłym pokoju wspólnym przy herbatce, kartach i notatkach. Panowała bardzo przyjazna i wesoła atmosfera. Mi pierwszy raz od kilku dni udało się przespać całą noc, a kolejne dawki Ketonalu uśmierzały ból zęba Miśka.

 

dzień 17(2017.10.25): Dohle (4038mnpm) -Namche Bazar (3440mnpm)

trasa: 6:29h, 12,69km

Nie spodziewaliśmy się dzisiaj jakieś ciężkiej trasy, więc na śniadanie zamiast ziemniaków czy makaronu wybraliśmy coś bardziej śniadaniowego – musli i tosty francuskie. Jak się potem okazało, nie było tak całkiem łatwo i energii brakowało. Im bliżej Namche, tym wędrujących było coraz więcej, a momentami szlak był na prawdę mocno zatłoczony. Wchodząc do Namche spotkaliśmy dwójkę Polaków – jak się okazało jednym z nich był Ryszard Gajewski, który w 1984 r. jako pierwszy wraz z Maciejem Berbeką zdobyli Manaslu zimą.

W Namche czuliśmy się trochę jak w domu. Do kawiarni Sherpa Barista wpadliśmy na kawkę i połączyliśmy się ze światem darmowym wifi. Ola z Piotrkiem po zdobyciu przełęczy Renjo La też już dotarli do Namche. Wspólnie spędziliśmy popołudnie i wieczór jedząc, szwendając się po miasteczku i jak zwykle grając w karty przy herbacie z mlekiem. Atmosfera w loggy w której już wcześniej nocowali Ola z Piotrkiem była bardzo przyjazna. Loggia składała się z kuchni, jednego dużego pokoju gdzie spaliśmy w czwórkę i jednego malutkiego, gdzie spała nepalska rodzinka. Apetyt wszystkim już dopisywał, więc najedliśmy się do syta, Miśka przestał boleć ząb, a ja w korkach w uszach, żeby nie słyszeć biegających na strychu myszy spałam jak dziecko 🙂

Trekking w Himalajach

dzień 18(2017.10.26): Namche Bazar (3440mnpm) – Modjo-Phakding (2610mnpm)

trasa: 5:11h, 9,77km

Poranek mieliśmy prawdziwie wakacyjny. Obudziliśmy się wyspani bez budzika, wylegiwaliśmy się w łóżku do 8, a w trasę ruszyliśmy bez pośpiechu dobrze po 9 🙂 Tutaj nasz treking w czwórkę się kończył – my schodziliśmy do Lukli, żeby zdążyć na samolot, a Ola z Piotrkiem mieli wolny dzień w Namche i dopiero później ruszali w dalszą drogę. Super, że udało nam się spotkać tak świetnych kompanów – Ola, Piotrek – dzięki za wspólny czas !!! Ola i Piotrek prowadzą bardzo fajnego bloga: slomianykapelusz.pl gdzie możecie poczytać o ich niesamowitych, podróżniczych przygodach. Bardzo polecamy! 

Znaną trasą wędrowaliśmy do Modjo. Po drodze jednak gdzieś źle skręciliśmy i znaleźliśmy się na drodze, którą wędrowało bydło. Nie było łatwo, bo to my byliśmy tam intruzami, ale udało się trafic na most na rzece i dojść do Modjo. Pierwotnie mieliśmy tam nocować, ale zatrzymaliśmy się jedynie na lunch. I to nie byle jaki, bo największy i najsmaczniejszy na całym trekkingu! Do tego zjedliśmy go w pełnym słońcu, popijając piwko i zagryzając sałatką ze świeżych warzyw, wprost z ogódka od gospodarza. Po takich mini wakacjach w loggy Mountain View, z nową energią postanowiliśmy dojść do Phading.

Na miejsce dotarliśmy ok 16 i zapytaliśmy o nocleg w loggy, w której kilka dni temu nie było wolnego miejsca. Teraz znalazł się wolny pokój i to jeszcze w wersji premium z gorącym prysznicem. Nie było to gorąco do którego jesteśmy przyzwyczajeni wchodząc pod prysznic we własnym domu, ale jak na tamtejsze standardy było na prawdę super!

dzień 19(2017.10.27): Phakding (2610mnpm)-Lukla (2860mnpm)

trasa: 2:50h, 7,94km

Na tej wysokości już nie dawały się we znaki żadne bóle, ani zadyszki. Z nową energią zaczynaliśmy kolejny dzień trekkingu. Było już zdecydowanie cieplej, i tak góra, dół, w krótkich rękawkach i ze słońcem przyjemnie mijało się kolejne wioski, gdzie mimo dużej ilości turystów spokojnie toczyło się tamtejsze, codzienne życie. To już nasz ostatni dzień wędrówki, więc staraliśmy się chłonąć wszystko co nas otacza.

trekking do everest base camp

trekking do everest base camp

trekking do everest base camp

trekking do everest base camp

Po 2,5 godz marszu dotarliśmy do Lukli. W loggy Nest, w której chcieliśmy nocować nie było miejsc. Poszliśmy więc na lotnisko potwierdzić nasz lot kolejnego dnia zakupiony przez internet. Panowie w biurze firmy Yeti (Tara) zaproponowali, że możemy polecieć do Katmandu już dziś, za 2 godziny. Postanowiliśmy jednak, że zostaniemy jeszcze tą ostanią noc w górach i polecimy naszym lotem, kolejnego dnia. Nocleg znaleźliśmy w loggy tuż przy lotnisku, zostawiliśmy rzeczy i resztę popołudnia spędziliśmy uzupełniając kalorie i informacje ze świata.

trekking do everest base camp

Zgodnie z wytycznymi na lotnisku, popołudniu udaliśmy się jeszcze do biura linii lotniczych w centrum wioski, aby zrobić check in. Powiedzieli, że lot mamy o 9 i żebyśmy o 8 byli na lotnisku.

dzień 20(2017.10.28): Lukla

Już spakowani zeszliśmy na śniadanie o 6:30, a potem prosto na lotnisko. Nasz lot miał być o 9, ale woleliśmy być wcześniej i załapać się na jakiś odlatujący samolot jak najwcześniej. Odstaliśmy swoje przy okienku i udało nam się otrzymać boarding pass na lot nr 4. Oddaliśmy bagaże, potem przeszliśmy tamtejsze security (które niewiele ma wspólnego z kontrolami, które znamy z europejskich lotnisk) i czekaliśmy we wspólnej sali – przy tamtejszych gateach 🙂 Dopiero o 8:30 odleciał 1 samolot tego dnia – linii lotniczych Tara (czyli naszymi). Potem odleciały jeszcze 3 samoloty i przerwa. Nie było żadnych konkretnych informacji, kiedy odlecą kolejne.

Wszyscy w nadziei czekaliśmy i tak aż do 15:00 kiedy obsługa lotniska powiedziała, że z powodu złej pogody nic już dziś nie odleci… Odebraliśmy bagaże, a panowie z obsługi wpisali nam na biletach godz. 10:30 dnia następnego (czyli jako ostatni lot w kolejce, po tych którzy mają planowany lot jutro). Zrezygnowani poszliśmy do loggy Nest zapytać o nocleg, tym razem był wolny pokój. Zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się do biura linii lotniczych spróbowac coś wskórać. Jedyne co się udało to zmienić opis na naszym bilecie z 10:30 na 9:30. Pierwszy raz w trakcie naszego pobytu w Himalajach spotkała nas ulewa. Nie pozostawało nic innego tylko wieczór przy herbatce z książką i stresem czy jutro coś odleci i czy zdążymy na samolot do Polski, który odlatywał pojurze…

dzień 21(2017.10.29): lot Lukla-Katmandu

Pobudka 5:15, śniadanie 5:30 i na lotnisko. Okazało się, że ubiegła nas para z Francji, której też nie udało się wczoraj odlecieć. Udało im się dostać bilety na pierwszy lot. Potem dostaliśmy się do samego okienka, ale niestety Pan z linii lotniczych Tara zerknął i powiedział: ‚Not now”. Chwilę później na lotnisku pojawiła się grupa z Polski, której też nie udało się wczoraj odlecieć. No i tak staliśmy sobie przy okienku, my pierwi, oni za nami, a boarding passy dostawali inni: grupy, przewodnicy, własciciele pobliskich loggy dla swoich klientów… Czas mijał, a stres się zwiększał. Na szczeście wystaliśmy swoje i ok 8:00 znalazły się 2 bilety. W między czasie odleciały 4 samoloty linii lotniczych Tara, a my dostaliśmy bilety na czwarty samolot z kolejnej puli. Znowu siedzieliśmy w sali wspólnej  i z duszą na ramieniu patrzyliśmy na pojawiające się chmury…

Na szczęście historia zakończyła się happy endem i udało nam się odlecieć z Lukli, a Katmandu przywitało nas słońcem i ciepłem, którego było nam ostatnio trochę mało.

Na lotnisku zgarnęliśmy taxi pre paid i pojechaliśmy do Maya Boutique Hotel. Na miejscu poczęstowali nas kawą, ale okazało się, że skoro wczoraj nie odebraliśmy swojej rezerwacji, to już niestety dziś nie mają dla nas pokoju. Pan z recepcji zaprowadził nas do innego hotelu nieopodal, gdzie wolny pokój się znalazł.

Czasu na zwiedzanie Katmandu pozostało nam niewiele. Wzięliśmy jedynie długi prysznic i ruszyliśmy w miasto. Zgiełk, tłum ludzi, kurz i klaksony – tak w skrócie przedstawiało nam się miasto. Z aplikacją maps.me udało nam się dotrzeć w 2 miejsca. Najpierw na pysznego kebaba polecanego przez wszystkich na Trip Advisorze, a następnie do Monkey Temple.

Po drodze napatoczył się jakiś pseudoprzewodnik, który akurat też „przypadkiem” szedł w tamtą stronę. Nie umięliśmy się go pozbyć, więc szedł z nami i gadał. Na szczęście trochę nas pooprowadzał, a potem udało się go dosyć szybko pożegnać. Świątynia znajduje się na wzgórzu, więc widoki na Katmandu robią wrażenie. Oprócz tego wszędzie panoszą się małpy, które są dodatkową atrakcją tego miejsca.

trekking do everest base camp

Popołudnie spędziliśmy szwędając się ulicami Thamelu, kupując pamiątki. W hotelu zamówiliśmy lokalne wino i na tarasie na dachu, w spokoju zakończyliśmy ten pełen wrażeń, dosyć szalony i męczący dzień, a tym samym nasz ostatni wieczór w Nepalu.

trekking do everest base camp

dzień 22(2017.10.30): lot Katmandu-Doha

Poranek minął bardzo szybko. Prysznic, śniadanie, taxi z hotelu na lotnisko, odprawy i lot z Katmandu do Doha. W Doha na lotnisku chcieliśmy załapać się na wycieczkę organizowaną przez linie lotnicze Quatar Airways.  Ci, którzy mają przesiadkę w Doha i przebywają na lotnisku ponad 8h mogą wziąć udział w wyciecze autokarowej po stolicy Kataru. Już podczas wcześniejszego pobytu na lotnisku obczailiśmy sobie, gdzie jest punkt zapisu na wycieczki. Przy wysiadaniu z samolotu przyspieszyliśmy kroku i udało się – zmieściliśmy się w limicie osób.  3 godziny objazdówki po stolicy w klimatyzowanym autokarze. Polecamy jako świetną alternatywę do siedzenia na lotnisku i szwędania się tam i spowrotem 🙂

trekking do everest base camp

dzień 23(2017.10.31): lot Doha-Warszawa, pociąg Warszawa-Kraków

Godz. 00:45 boarding na lot do Warszawy.Wygląda na to, że czas wracać do domu…

trekking do everest base camp

Mamy nadzieję, że komuś udało się dotrzeć z nami do samego końca wyprawy w Himalaje. Pomimo, że sam trekking i cała wyprawa minęły nam bardzo szybko, to z notatek i wspomnień powstał ten całkiem długi wpis. Wierzymy, że będzie przydatny dla wszystkich, którzy planują swoją wyprawę w Himalaje, a może zainspiruje kogoś do przybicia piątki z Everestem?

W osobnym wpisie zebraliśmy garść praktycznych rad:  Trekking w Himalajach w praktyce i chętnie odpowiemy na wszystkie pytania w komentarzach.

Do zobaczenia na szlaku!

P.S. Poniżej nasze wspomnienia z trekkingu do Everest Base Camp w wersji video: